Grochowskie bombki Elżbiety Fogiel
tekst i zdjęcia: Dominika Janik
Od połyskującego odświętnie Placu Szembeka odchodzi jedna z tych pozornie bezbarwnych ulic, której nazwa nikogo nie interesuje . Idąc żwawo ulicą Kordeckiego, bo poruszanie się w tamtym rejonie niewiele ma wspólnego z wycieczką krajoznawczą, omiatam wzrokiem parę zapuszczonych kamienic przy Placu 1831 roku, jaskrawym od mnogości ustawionych wokół niego wózków dziecięcych. Mijam budynek z wymalowaną na ścianie żyrafą i już mi się czoło rozjaśnia. Krok dalej, pod numerem 48, znajduję prawdziwą perełkę. Mieści się tu bowiem jedyna w Warszawie pracownia bombkarska, czynna od ponad 60 lat. A wiem o tym tylko dlatego, że bazarowy szyld informujący o sprzedaży ozdób choinkowych nie osłabił mej czujności, kazał wcisnąć guzik z napisem „warsztat” na domofonie i zaprowadził prosto pod drzwi jego właścicielki, Elżbiety Fogiel.
Silna woń lakierów i barwników nie jest w stanie mnie stąd wypędzić. Na środku długiego jak tramwaj pomieszczenia stoi długi stół, na którym piętrzą się pudła z bombkami o rozmaitych kształtach i kolorach: od zegarów rodem z „Alicji w kraiinie czarów”, przez lizaki, szyszki i gwiazdki, po szklane wzorzyste kule, wszystkie w cenie paczki herbatników. W kącie siedzi zajęta posrebrzaniem szklanej bańki spadkobierczyni interesu.
I chociaż w warsztacie nie ma okien, a w radiu grają disco, ja czuję się jak w odwiedzinach u Świętego Mikołaja. Nie do wiary, że miałam go pod samym nosem.

