Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Tekst: Małgorzata Kuśnierz

Ilustracja: Ania Lipińska

 

Większość moich znajomych lata. Do Egiptu, oczywiście, na Sycylię, na Karaiby, do Grecji i Tunezji. Latają na wyspy i wybrzeża. Byle dalej od kraju, który ich na co dzień wnerwia. I nie ma co się dziwić. Też bym poleciała, ale latać nie lubię, poza tym nie mogę myśleć tylko o sobie. Odkąd moja starsza córka skończyła dwa lata, jeżdżę nad polskie morze. I wierzcie lub nie, ale przestała chorować. Tak więc jeżdżę z nią co roku nad to tylko morze, choć gdy już tam dojeżdżam, marzę czasem, że kolejny urlop spędzę w Turcji albo na Malediwach. Ale nic się nie zmienia, bo Bałtyk to jest to. Jeśli się przyzwyczaić do wszystkiego, co odróżnia Wybrzeże od innych wybrzeży.

Tego roku było nietypowo. Do mnie i pięcioletniej Ady dołączyła trzymiesięczna Ula, pojechali z nami także dziadkowie dziewczynek, czyli moi rodzice. Do tego wybraliśmy tak zwany ośrodek familijny…

Dzień 1. Pierwsze minidisko na turnusie za nami. Podjarana Ada biegała wokół parkietu, krzycząc: „I to jest impreza!”. W tle, znane mi sprzed roku, słowa: Ona tu jest i tańczy… Czy to Dzień Świstaka? Potem whisky z rodzicami na placu zabaw. Morze 70 metrów dalej. Zimno. Wreszcie cicho.

Dzień 2. Z dzidziusiem w chuście na brzuchu wzbudza się na plaży większą sensację niż bez. Lody z automatu, nawet jeśli nadać im nazwę amerykańskie, smakują tak jak w ‘88. Ada mówi, że nie lubi karaoke. Pani w tivi powiedziała, że będzie zimno i że „nie jedziemy już nad morze”…

Dzień 3. Pod naszymi oknami jest plac zabaw w formie statku. Dziś był dzień gotowania, bo mali majtkowie biegali po pokładzie, krzycząc: „Dajcie mi stare ziemniaki! Dajcie mi stare ziemniaki!”. Ada jak zawsze najgłośniej. Pogoda niezdecydowana. Ewakuacji z plaży sztuk dwie. Z dzidziusiem w nosidełku wywołuje się mniejszą sensację niż z dzidziusiem w chuście. Mimo że dziecko w obu wygląda prawie tak samo. Albo śpi, albo wychyla zaciekawione oczka.

Dzień 4. Dzieją się rzeczy niesamowite. Wiaderko i łopatka dematerializują się w budce z piwem. Pięciolatka zaprzyjaźnia się z kamieniem. W marinie w Dziwnowie jest pies, który chciałby być kaczką. Chcąc iść na spacer, wskakuje do wody, tylko siusiu robi na lądzie. No i dzisiejsze osiągnięcia lingwistyczne: Ula powiedziała coś na kształt „bal absolwentów bombka”, a Ada nauczyła się wymawiać R. Nawet zamiast L. Pyta teraz: „Kupisz mi rody z porewą?”. Poza tym widziałam mewie zaloty – dwóch panów krzyczało na panią. Życie…

Dzień 5. Kryzys na linii rodzice – ja – Ada. Ula jest wyłączona z konfliktu. Dowiedziałam się, że moja „polityka wychowawcza” jest beznadziejna. Ada natomiast zadziwia mnie swoim wysokim poczuciem wartości. Na pytanie dlaczego te dziewczynki nie chcą się z nią bawić, odparła: „Po prostu nie znają mnie zbyt dobrze i nie wiedzą, jaka jestem fajna”. Potem wywołała burdę na dyskotece z postaciami z bajek i wróciła z płaczem do pokoju. Dziś ponadto pierwszy i ostatni gofr w tym roku: z bitą i jagodami. Co to jest frużelina?

Dzień 6. Ada dowiedziała się, dlaczego nie należy się oddalać. Dorośli – że monitoring nie obejmuje straganów na ulicy. Trzy warkoczyki (żółty, malinowy, turkusowy) z koralikami w kształcie serduszek kosztują 12 zł. Tatuaż henną (mały 5 zł) trzyma się pięć dni. Na wieczorze magii pan iluzjonista naprawdę się wysilał. Pomimo to mama przejrzała prawie każdą sztuczkę. Oprócz żonglowania Ady jednym kółkiem. Swoje pojawienie się na scenie przeżywa jeszcze przez sen: „Mamo! Ja umiem rzucać tylko kółkiem”. Tak sobie myślę, że kiedyś pewnie nauczy się rzucać prawie wszystkim. Oprócz tego: Czasy się zmieniły, ale wciąż jednym z dziecięcych marzeń jest spanie na piętrowym łóżku.

Dzień 7. Wreszcie cieplej. Niezbyt zręcznie rozstawiłam parawan i posmarowałam dzieci kremem z filtrem o szumnym faktorze 50. Z Urszulką w chuście przemierzyłam 5 kilometrów, zbierając muszelki. Wśród nich leżało jedno meduziątko. Na plażę wylegli też chłopcy z foliowymi worami i przenośnymi lodówkami. Branża reklamowa powinna postawić im pomnik za hasła takie jak te o gotowanej kukurydzy: „Moja siostra utonęła, zjadła kolbę – wypłynęła”, „Babcia z dziadkiem już nie mogła, kukurydza jej pomogła”, „Nawet młoda zakonnica moją kolbą się zachwyca”, „Nawet papież w Watykanie zjada kolbę na śniadanie”. Podglądnęłam, co czyta pan wynajmujący rowery i gokarty – Człowieka nietoperza. W namiocie z tanimi książkami są dwa tytuły z moją korektą. To chyba dobrze, że tylko tyle.

Dzień 8. Do kolacji bez rewelacji. Pogoda poprawna. Wiało, ale odsiedzieliśmy swoje na piasku. Uprowadziłam z Adą mechanicznego konia na ulicę obok. Średni fan. Jest po północy, a impreza w ośrodku obok trwa w najlepsze. Ula zjadła właśnie drugą kolację i dotrzymuje mi towarzystwa. Mogę więc wtórować po swojemu: Ona tu jest i patrzy na mnie, i wali kupę, i chichra się.

Dzień 9. obfitował w problemy wychowawcze, a co za tym idzie, w sukcesy i porażki macierzyńskie. Konkurs plastyczny dla A. zakończył się pod prysznicem. A jej niebywałe chuligaństwo tekstylne doprowadziło do zniszczenia trzech par spodni, w tym jednej mojej. W ostatniej „Polityce” ze zdziwieniem przeczytałam artykuł o tym, że rodacy nad morzem to asocjalna, zalana piwem chamska masa. Najwyraźniej masa wybiera zupełnie inne kurorty. Od czterech lat, zarówno przed sezonem, jak i w samym jego środku, spotykam się z kulturą, wyrozumiałością i życzliwością (na Pomorzu Zachodnim, bo na innym jeszcze nie byłam). Serio-serio. Na sąsiednich kocykach zazwyczaj osoby rozmowne, ale bez przesady, niepoirytowane płaczem U. i wszędobylskością A. Dziś nawet pewien chłopiec zaoferował nam młotek do wbijania parawanu w piach. Był Niemcem, ale ufam, że każdy mały Polak zachowałby się tak samo, gdyby takowy młotek posiadał (ponieważ na plaży zawsze jakiś kamień się znajdzie, mało kto uzbraja się w młotek). A parawany? Cóż, są konieczne, ale niekoniecznie aby się odgrodzić od innych, lecz od wiatru przynoszącego zapalenie oskrzeli.

Dzień 10. Uratowałam z Adą około 100 meduz. Ada pokazywała paluchem, a ja wrzucałam je do wiaderka, by później wylać do morza. Ostatni raz widziałam meduzy nad Bałtykiem 20 lat temu. Ale wtedy były ogromne, różowe, z falbankami, a nie takie lilipucie. Gdzie się podziały tamte meduzy? Wieczorem pokaz magii i iluzji. Znowu. A. zachwycona, ja znudzona. Przełożyli śniadanie na 9. To nieludzkie. (Koleżanka Anna Ewa mówi, że te meduzy to chełbie. Ada teraz krzyczy do mnie: „Idziemy po chełbie?”. Chyba tylko ja ją rozumiem).

Dzień 11. Już prawie po sezonie. Zwinęły się dziewczęta zaplatające tęczowe warkoczyki. Zwinęły się koniki, tygryski, jednorożce mechaniczne. Zamykają się smażalnie, lodziarnie, gofrarnie. Zniknęli chłopcy z kukurydzą. Plażę przemierza teraz tylko jedna dziewczyna, krzycząc na całe gardło „ku-ku-ry-dza, pra-żo-ny pop-kkkorn” (uprażona kukurydza to popcorn, a uprażony popcorn – czym jest?). Potaniały muszelki. Alkohol wciąż drogi. Pomimo to lubię nadbałtycką przed- i posezonowość. Zachwycił mnie pobliski Łukęcin. Niewiele bud i budek, dwie kawiarnie, poczta zamknięta na cztery spusty. Piękny las i spokój. Jeśli ktoś chciałby kupić wakacyjny apartament, polecam właśnie to miejsce. Ojciec wrócił ze sklepu i mówi: „Chłopak od gokartów pali papierosa na spółkę z chłopakiem ze stołówki”. Matka w mig pojmuje, o co chodzi, i orzeka poważnym tonem: „Trawkę palą”.

Dzień 12. Ada znalazła 5 złotych na plaży w Łukęcinie. Postanowiła wydać je na przejażdżkę różowym gokartem. Dwa place zabaw, brama główna i bawialnia są monitorowane. Czasami włączamy tivi, żeby zobaczyć, gdzie jest i co robi Ada. Gdy dzieci śpią, sprawdzamy, kto i z czym wraca z monopolowego. Dziś puścili dzieciom w bawialni Krainę Lodu. Dostały do tego po miseczce popcornu. Widziałam to wszystko w telewizji. Prawie po sezonie, ale do naszego ośrodka zajechał autokar poznaniaków. Rozeszli się na szczęście po pokojach. Charakterystyczne odgłosy gry w cymbergaja zostaną ze mną na długie miesiące. Słychać je szczególnie dobrze wieczorem. A w Łukęcinie na plaży, bo tam znów uciekliśmy po obiedzie, nie ma ani mew, ani meduz. Nikt też nie gra w cymbergaja. To inna planeta.

Dzień 13. Flauta. Wreszcie. Na plaży cicho i pusto. Spokój emerytom zakłócał jedynie wrzask Uli. Wszyscy się na nas gapili. Na koniec jedna Niemka pomogła nam złożyć namiocik (tyle dni, a człowiek wciąż ma z nim problem…). Ada, zagubiona w gąszczu obcych języków, podziękowała jej słowami: Apples – danke – doll. Podczas półgodzinnej niezapomnianej przejażdżki gokartem zauważyłam, że namiot z książkami nie jest tym, na co wygląda – to Festiwal Taniej Książki. Takie rzeczy tylko nad Bałtykiem. Trzynaście dni mieszkałam w domku tradycyjnie obitym w środku sosnowymi deskami. Niby wyższy standard, cena hotelowa, ale domek zawsze będzie domkiem – w każdym jest boazeria i jedna z mniejszych łazienek świata. Z powodu tak dużej ilości drewna na ścianach i suficie czasami zdawało mi się, że budzę się w saunie. Niestety o świcie niska temperatura szybko mnie otrzeźwiała. Natomiast osoba odpowiedzialna za wystrój dołożyła wszelkich starań, żeby goście OW nie zapomnieli, gdzie ich nie ma – na tropikalnych plażach. Irytują mnie te pejzaże za taflą pleksi. Nie po to przyjechałam nad polskie morze, żeby sącząc wieczornego drinka, gapić się na palmy. Cudze chwalicie. A ja właśnie za naszym tęsknić będę przez cały rok.